niedziela, 24 listopada 2013

II. Promise

Musiał wrócić, ale nie wrócił. Chodziłam a raczej chodzę tam codziennie, w to samo miejsce, siadam na tej samej ławce i czekam, minuty, godziny, a jego nie ma. Dzisiaj też pójdę.W sumie i tak nic lepszego do roboty nie mam. Kiedy nie pisałam, myślałam dużo wiesz? Nad swoim życiem, pff jakby było jeszcze nad czym myśleć. Ale jednak coś się w głowie pojawiało, coś co nie dawało mi spokoju, czemu czułam brak, pewnego rodzaju pustkę, od kiedy spotkałam tamtego chłopaka było inaczej, gorzej? A może lepiej? Nie wiem. Gubię się we własnych przemyśleniach, można uznać że we wszystkim, nie umiem się odnaleźć. Wracam do domu, słyszę pytanie co u Ciebie córcia? Co odpowiadam? Jak zwykle. Nie chcę kłamać więc mówię prawdę. Nic się nie zmieniło od wczoraj mamo. Jest tak samo chujowo jak było. Kolejne pytanie. Wychodzisz gdzieś dzisiaj? Na usta ciśnie się odpowiedź, tak mamo wychodzę, popełnić samobójstwo, ale odpowiadam tylko krótkie, na spacer, jak zwykle i po rozmowie. Nikt mi nie zarzuci że nie mam kontaktu z rodzicami, poprawka, kontaktu z mamą. Ojciec, w sumie nawet nie wiem gdzie jest, możliwe że już dawno go zabili, albo ukrywa się gdzieś przed tymi którzy chcą go zabić, nie powiem, w ch*j ciekawe życie co? 

Wracając do dzisiejszej chwili, idę na spacer znowu, znowu będę czekać. Nie zastanawiając się dłużej ubrałam czarną czapkę do połowy głowy i moje brązowe rozwalone już martensy. Szłam tą samą uliczką, widziałam te same psy, tych samych ludzi, którzy jako nieliczni nie bali się tu przychodzić, chociaż czemu inni się bali? Może kiedyś mieli czego ale teraz? Teraz tu jest w sumie najspokojniejsza okolica. Może właśnie dlatego że nie ma aż tylu ludzi? A może dlatego że nie ma już mojego taty więc nie ma morderstw i strzelanin? Nie wiem, ale wiedziałam jedno, że to było i jest moje miejsce. Idąc w stronę stałej ławki zauważyłam jak ktoś przy zbiornikach na śmieci próbuje zacząć jakąś bójkę. To był ten chłopak, podbiegłam szybkim krokiem i obserwowałam z daleka, dostałam szoku gdy zobaczyłam drugą twarz, to był Matt, co on tu robił? Od kiedy zerwaliśmy nie widziałam go tutaj ani razu. Ale nie ważne, ważniejsze było to co się teraz działo. Dostałam pewnego rodzaju impulsu, wiedziałam że muszę jakoś zareagować, wiedziałam ze muszę coś zrobić.
- Co się tu do jasnej cholery dzieje?!
- A ty na chuj tu przyszłaś?
- Tak się składa Matt że codziennie tutaj chodzę, natomiast Ciebie pierwszy raz od dłuższego czasu tu widuje, zdradzisz mi powód? <popatrzyłam na niego znacząco i wyrzutem na twarzy>
- Ten marny śmieć sprzedał mi nie równą działkę!
- Działkę czego?
- A czego może być działka tępoto, koki rzecz jasna.
Nie wiedziałam co powiedzieć, w mojej głowie pojawiło się tysiąc myśli na raz, jednak głos za mną natychmiast je przerwał. 
- Sprzedałem Ci równo debilu, to nie moja wina że połowę wyćpałeś!
- Zaraz ci wpi*rdole, Sky odsuń się!
- Matt k*rwa uspokój się! *położyłam rękę w miejscu serca na klatce piersiowej* Serio będziesz robił o to dym? O nierówną działkę? Czy może chodzi o coś innego?! *widziałam jego oczy utkwione w moich*
- Nie chce Cię widywać z tym śmieciem! *zobaczyłam na jego twarzy bezradność*
- Uważaj na słowa dupku! *wykrzykiwał tajemniczy chłopak nad moim karkiem*
- Matt skończ już użalać się nad sobą, nie jesteśmy już razem, nie mamy już nic wspólnego, więc proszę Cię zostaw moje życie w spokoju, do cholery jasnej!
- Dobra, jak chcesz! Żebyś potem nie płakała że nikt Cię nie ostrzegał przed tym wyrzutkiem. Nie znajdziesz osoby która ma o Nim dobre zdanie w tej części dzielnicy. *popatrzył na mnie wzrokiem pełnym pogardy*
- A ty się miej na baczności Bieber!
- O mnie się nie bój wieśniaku!
- Jeb się.
- Koniec już! Ja pierdole gorzej niż dzieci. *powiedziałam z pełną frustracją*
Musiałam to skończyć, bo nawet mi nerwy wysiadały, patrząc na tych debili. Zobaczyłam jak Matt wsiada do auta i odjeżdża. Nieznajomy natomiast stał tak jak wcześniej i przyglądał mi się zagryzając wargę. 
- Czy coś jest nie tak?!
- Nie wręcz przeciwnie, fajnie wyglądasz gdy się wkurwiasz.
- Za to Ty wyglądasz jak kompletny debil. <nutka sarkazmu>
- Sky ładne imię, po babci?
- Ja pi*erdole jaki z Ciebie dupek, serio myślisz że jeśli będziesz udawał cwaniaka to jakoś mnie poderwiesz?
- Myślisz żę chce Cię poderwać?
- Tak podejrzewam..
- Źle podejrzewasz, nie potrzebuję dziewczyny, mam na głowie dużo innego gówna.
- Ja podobnie. Ogólnie to czemu w ogóle o tym rozmawiamy? Widzę Cie drugi raz w życiu, to nieco dziwne. Zachowujesz się inaczej niż wtedy co widziałam Cię po raz pierwszy.
- Codziennie jestem kimś innym, zmieniam charakter jak rękawiczki, ponieważ nudzi mnie jedna osobowość.
-Tekst jak z jakiegoś marnego filmu.
- Ale taka prawda. Codziennie musiałabyś poznawać mnie od nowa.
- Czy to wyzwanie? *uśmiechnęłam się z pewnością siebie*
- Nie wytrzymałabyś ze mną dłużej niż tydzień uwierz.
- I właśnie takim zachowaniem zmuszasz mnie do tego żeby spróbować.
- Dobra, to może zróbmy tak, od dzisiaj każdy wieczór, poprawka, każdą noc, spędzasz ze mną, daję Ci 10 dni, bo widzę że jakiś tam charakter masz. *złośliwy uśmiech pojawił się na jego twarzy*
- Jakiś tam? Chłopczyku przeszłam o wiele więcej niż Ty i serio nie boję się Ciebie.
- To się jeszcze okaże.
- Więc okej, podejmuje wyzywanie. Tylko jest jeden warunek.
- Jaki?
- Obiecaj że się we mnie nie zakochasz. Nie jestem człowiekiem który lubi te tzw "uczucia".
- Z tym raczej nie będzie problemu, nie jestem typem romantyka.
- Dobrze więc, jutro o 19 w tym samym miejscu?
- Nie ma sprawy, od 19 zaczniesz żałować że się na to zgodziłaś.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz